Jesienny spacer

Pierwszy jesienny chłód uderzył równie niespodziewanie jak wiosenny upał. Jesień w końcu dała o sobie znać (i to dość dobitnie!)

Pojawił się pierwszy mróz, drzewa zrzucają coraz więcej liści, a ja coraz częściej zakopuję się pod kocem. Poranki sprawiają, że mam ochotę wciągnąć czapkę na uszy, a popołudniowe słońce grzeje tak mocno w plecy, że zastanawiam się po co mi płaszcz. Wieczór pojawia się nagle i niespodziewanie, wyganiając mnie do ciepłego mieszkania i kubka gorącej herbaty.

Jesień wypłoszyła z Krakowa turystów. Jest ich coraz mniej. Mogę spokojnie włóczyć się po wybrukowanym chodniku, oglądać wystawy i wchodzić do pustych kawiarni. Częściej też zabieram ze sobą aparat analogowy. Brak turystów sprawia, że Kraków zwalnia, a ja razem z nim. Uliczki stają się bardziej melancholijne i tajemnicze. Winorośl barwi na czerwono Wawel, a planty zamieniają się w szeleszczący dywan liści. Krakowskie parki leniwie zmieniają szatę na złoto-miedzianą.

Jak już wspominałam – jesieni się trochę boję. Staram się z tym walczyć dzielnie. Moją zbroją są warstwy, a mięsista wełna i miękki kaszmir to tajna broń. Uwielbiam puchate tkaniny, które otulają moją skórę przed chłodnym powietrzem.

W szafie robię jesienne porządki. Zostawiam materiały porządnej jakości, ubrania w których czuje się wyjątkowo i po prostu dobrze. Na inne już nie ma miejsca. Pracując mozolnie nad moją garderobą wyróżniłam trzy style, które są ze mną spójne. W których czuję się sobą, czyli komfortowo i kobieco. Sensual, natural i femine, to nurty w których chcę brylować.

Tę stylizację wpisuję zdecydowanie w kategorię natural. Jest coś bardzo przyjemnego w luźnych materiałach. Pomimo tego, że nie podkreślają każdej krągłości jest w nich doza nonszalancji i niewymuszonego szyku. A w tym, w czym jest mi wygodnie i komfortowo – czuję się kobieco. Wydanie idealne na drugie śniadanie, przesiadywanie pod szumiącym kasztanem, lub na długi spacer w ciepłym, październikowym słońcu. Jest coś satysfakcjonującego w połączeniu luźnych spodni i swetra o grubym splocie. Na wszelki wypadek zabieram ze sobą duży szalik, który okazjonalnie może posłużyć za koc, poduszkę, czy czapkę.

Wiem, że duże swetry nie wypadają korzystnie z moją figurą. Ale tak między nami – to mało mnie to obchodzi. Duży sweter to prawie jak duży koc. A duży koc to prawie jak ciepłe kakałko. A kakałko (najlepiej z chałką) to wielkie szczęście. Potrafię już bez żalu odrzucić to, w czym teoretycznie wyglądam najlepiej, na rzecz wygody.
Mam nadzieję, że pora pozłacanego liśćmi Krakowa potrwa jak najdłużej.

 

mango pants / vintage sweater / keds shoes / tk maxx scarf / W.KRUK ring

hauka-sign

YOU MIGHT ALSO LIKE